Czy istnieje „głos geja”?

Filmowiec David Thorpe ma ciepły, wełnisty głos z lekkim nalotem. Jest trochę płynny w kadencjach, trochę mocny na „S”. Wiecie do czego zmierzam? On brzmi jak gej. Nie żeby było w tym coś złego.

A może jest? Niedługo po tym, jak Thorpe zerwał ze swoim chłopakiem, zaczął zastanawiać się nad sposobem, w jaki mówi on sam i w jaki mówią inni geje, i dlaczego oba te sposoby tak bardzo mu przeszkadzają. Kiedy słuchał samego siebie, czuł się „niezsynchronizowany” z własnym głosem. Jadąc pociągiem na Fire Island, poczuł odrazę do otaczających go gadających mężczyzn, którzy brzmieli jak „banda rozwydrzonych dziewcząt.”

Zobacz więcej

Tak opisuje ten moment w swoim dokumencie „Do I Sound Gay?”, którego premiera już w ten weekend w IFC Center. Temat brzmi lekko, ale Thorpe drąży go zaskakująco głęboko, zadając rzadko zadawane pytania o stereotypy i niechęć do samego siebie. (Spróbujcie wypowiedzieć to ostatnie zdanie na głos z seplenieniem). Stawiając się przed kamerą, Thorpe odwiedza logopedę, który zwraca uwagę na jego „wymowę”, „nosowość” i „śpiewność”. Rozmawia z profesorem lingwistyki, historykiem filmu i hollywoodzkim trenerem głosu, który szkoli aktorów, by brzmiali lepiej. Przeprowadza wywiady z homoseksualnymi osobami publicznymi, takimi jak David Sedaris, Tim Gunn, Don Lemon i George Takei, które musiały słuchać samych siebie, aby żyć. Pyta nawet ludzi na ulicy, czy uważają, że brzmi jak gej. Jedna z kobiet mówi mu: „Może po prostu wrzuciłabym cię do grupy artsy-fartsy”.

Temat okazuje się być polem minowym, bo co jest bardziej związane z osobowością niż sposób mówienia? Nastolatki homoseksualne, jak zauważa Thorpe, często uczą się, że „znakiem” ich seksualności jest głos, nawet bardziej niż fizyczność – wiotki nadgarstek łatwiej jest wyprostować niż odchylenie. Światowa homofobia staje się homofobią uwewnętrznioną. Nawet w gejowskiej społeczności randkowej (i w gejowskim porno) hipermęskość jest zwyczajowo ceniona, więc obrzydzenie do samego siebie łatwo odwrócić na zewnątrz. Korzenie popkultury sięgają głęboko, od arystokratycznych panienek z kina sprzed Kodeksu Hayesa, poprzez z przymrużeniem oka postaci z obozu, takie jak Paul Lynde i Liberace, aż po zniewieściałych złoczyńców Disneya z „Aladyna” i „Króla Lwa”.”

Oczywiście, nie wszyscy geje mają ten sam głos, czy jakikolwiek „gejowski” głos: to w końcu stereotyp. Thorpe rozmawia z przyjacielem hetero, który brzmi „gejowsko” (wychował się w aśramie, otoczony kobietami), i z przyjacielem gejem, który brzmi „hetero” (ma braci dżokejów). Thorpe przyznaje jednak, że jest coś niepokojącego w tym, że podświadomie nauczył się przyjmować stereotyp. Czy to on wybrał brzmienie geja, czy gej wybrał jego? Przyjaciółka z dzieciństwa powiedziała mu, że kiedy ujawnił się na studiach, jego akcenty nagle się zmieniły, a część z niej nadal słyszy głos „oszusta”, kiedy mówi. Przypomniało mi to o heteroseksualnym przyjacielu, który powiedział mi kiedyś, wkrótce po moim coming oucie, że zaczynam brzmieć „esy-floresy”. (Gejowski „seplenienie” to trochę błędne określenie, zwykle odnosi się do sybilantnego „S.”) Czy odnajdywałem swój prawdziwy głos, czy tylko przeprogramowywałem się, by dostosować się do innej grupy?

Oczywiście, wniosek – filmowy i mój – jest taki, by odciąć „gejowski głos” od wstydu i ponownie przyłączyć go do dumy, ale to nie jest takie proste. „Dla wielu gejów jest to ostatni ślad, ostatni kawałek zinternalizowanej homofobii, nienawiść do tego, jak brzmią” – mówi Thorpe’owi Dan Savage. Przeszkody, jeśli się nad nimi zastanowić, są ogromne, biorąc pod uwagę niezliczone sposoby, w jakie nasza kultura przyznaje status męskim atrybutom w stosunku do kobiecych. Jednym ze sposobów, w jaki homoseksualiści mają tendencję do kompensowania tego stanu rzeczy, jak sugeruje film, jest przyjmowanie nadętych wzorców mowy klasy rozrywkowej, tj. brzmienia „artsy-fartsy”. Można to również nazwać dowcipem lub inteligencją, korzyścią wynikającą z kulturowego usunięcia. Tak czy inaczej, możesz skończyć, brzmiąc jak Addison DeWitt.

Każda marginalizowana grupa staje przed własną wersją tego dylematu, czy to imigranci usiłujący wymazać swój akcent, debata nad językiem ebonicznym, czy kobiety w wieku „Lean In” na nowo definiujące, co to znaczy być asertywnym bez naśladowania mężczyzn. Don Lemon, prezenter CNN, powiedział Thorpe’owi, że pracował ciężej nad neutralizacją swojego południowego czarnego akcentu niż nad swoim „gejowskim” akcentem. (Zjawisko białych gejów naśladujących mowę czarnych kobiet to osobna, drażliwa podkategoria). Wzorce mowy Hillary Clinton – ten swojski twang z Arkansas, te „autorytatywne” męskie kadry – z pewnością będą zajmować językoznawców przez dziesięciolecia. W miarę jak geje i lesbijki zdobywają kapitał kulturowy, w czym pomagają im zwycięstwa równościowe, takie jak to, które właśnie wydał Sąd Najwyższy, „głos gejów” z pewnością też będzie ewoluował. Coraz więcej osób nie będzie musiało tego ukrywać w szkole, w pracy czy w telewizji. Z drugiej strony, może się zasymilować w zapomnienie.

Ale mam nadzieję, że nie. Bo jak się pisze „bajeczny” bez wysokiego „A” i sybilantnego „S”?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *